• Wpisów:750
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis:6 lata temu, 13:05
  • Licznik odwiedzin:33 583 / 2563 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Siema ! <3
Jak tam Wasze wrażenia po weekendzie, który powoli dobiega końca? ;>
Ja mam farta, bo jutro mam wycieczkę, więc laba mi się wydłuża.
Ale muszę Wam się pochwalić- mam już dwie kosy. Git, co nie?
No proste ^^
Opowiadajcie, co u Was ;*
  • awatar Gość: No aleś ty karyniła, wchodzi się tu i odczuwa tylko niesmak i wstyd. Ciekawe czy jużeś z tego wyrosła jednak to wątpliwe :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie chcę zaczynać wszystkiego od początku, bo przecież bez sensu jest granie w kółko w tę samą grę. Chcę tylko cofnąć się o kilka pól i zmienić finał.
  • awatar Jolcia002: Lubie to;)
  • awatar Gość: tez bym chciała cofnąć czas.. w wielu sprawach postąpiłam bym inaczej...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mogę być nawet częścią Twojej gry. Proszę Cię tylko o jedno- nie traktuj mnie jak pionka, który można przesunąć, ale jak kostkę, od której zależy zwycięstwo.
 

 
Uczucia nie powinny być czymś, o czym się mówi. Uczucia powinno się wyrażać.
 

 
Ej, patrz! No, patrz, spójrz na mnie! Jest niby idealnie.
 

 
Możesz mi mówić, co mam robić. Ba!, możesz mi nawet kazać coś zrobić.
To, że i tak zrobię swoje- to już inna sprawa.
 

 
Narzekasz na swój wygląd, a kilkadziesiąt dziewczyn marzy, aby znaleźć się w Twojej skórze. *.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jak dla mnie- wcale nie musicie wiedzieć o moim istnieniu. Tylko proszę- nie szukajcie mnie, gdy nachrzani wam się w życiu.
 

 
Chcemy być coraz mniej czuli, silniejsi, bo myślimy, że to droga na szczyt, trasa mistrzów.
 

 

MISTRZ *.*
 

 
W dzisiejszych czasach większość relacji jest jednostronna. Jesteśmy gotowi zrobić wszystko dla człowieka, który zwraca się do nas tylko wtedy, kiedy u niego dzieje się źle.
 

 
Każdy moment naszego życia jest inspiracją do stworzenia czegoś cudownego. <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Najgorzej jest, gdy po kilku latach spędzonych razem, okazuje się, że nie mamy wspólnych celów i marzeń.
 

 
Może jestem z innej planety, ale kocham swoich rodziców i mam do nich szacunek za wszystko, co dla mnie zrobili. <3

Może jestem dziwna, ale doceniam trud, który włożyli w wychowanie mnie na osobę, którą teraz jestem. Doceniam chwile, które spędzili przy moim łóżeczku, zamiast szaleć z kumplami na imprezach. Doceniam godziny, które spędzają w pracy, aby mogli mi dać wszystko, czego potrzebuję. Doceniam to, że przystosowali mnie do prawdziwego życia- do jego skurwysyństwa, ale też piękna. Doceniam to, że dzięki nim potrafię sobie radzić nawet w najtrudniejszych momentach. Doceniam również to, ze dzięki ich autorytetowi nie jestem jedną z tych pustych panienek, które szlajają się po ulicach w spódniczkach tuż za dupę.

Wiem, że nie jestem w stanie odwdzięczyć im się za to wszystko, więc po prostu mam do nich szacunek i okazuję im wdzięczność.
Każdy może zrobić chociaż tyle.
 

 
"Wracamy do domu", odezwała się nagle Ala, zawracając wózek. Już dawno zorientowałam się, że moja przyjaciółka nie słyszy, bo nigdy nie docierało do niej to, co mówię, więc przestałam próbować. Błagałam ją jednak spojrzeniem, żebyśmy zostały jeszcze w tym radosnym tłumie. Ala jednak uśmiechnęła się tylko dobrotliwie i poprawiła mi koc, dając mi do zrozumienia, że ona lepiej wie, co dla mnie dobre i popędziła do domu. Zaraz za progiem przywitał nas tata Ali, który uśmiechał się tylko ustami, a oczy zawsze miał smutne. Swoją drogą, musiała to być wspólna cecha większości dorosłych, bo przeważnie uśmiechali sie oni tylko ustami. "Dlaczego tak późno? Obiad zaraz zamarznie na talerzu", odezwał się, klepiąc ją po głowie, jakby bał się okazać jej więcej uczucia. Pokręciłam głową i posłałam mu niezadowolone i pełne nagany spojrzenie, ale najwyraźniej nie zwracał na mnie uwagi. "Zosia miała ochotę na spacer, a po wczorajszej wycieczce nie ma siły sama się przejść", powiedziała Ala, wyjmując mnie z wózka. "Dobrze, dobrze. Chodź jeść", pokiwał głową, obrzucając mnie obojętnym spojrzeniem i idąc do salonu. Ala pobiegła do pokoju i posadziła mnie przy otwrtym oknie, mówiąc:"Poodychaj jeszcze świeżym powietrzem, a jak wrócę to utulę cię do drzemki". Przed odejściem pocałowała mnie w czoło, a potem zniknęła za ragiem. Westchnęłam i skierowałam wzrok na pobliski plac.
"One też będą dorosłe", odezwał się nagle leniwy, poczciwy Filemon, wygrzewający się w rogu parapetu. "Niemożliwe", odparłam, bo trudno było mi sobie wyobrazić te szczęśliwe dzieciaki jako dorosłych, poważnych ludzi, którzy zabawki traktują jak coś zbędnego. "Och, Zosiu, Zosiu. Wiesz? Ja pamiętam panią Ewę jako małą dziewczynkę. Byłem dla niej wtedy jak ty dla Ali i mówiła na mnie pieszczotliwie- Filuś. To była naprawdę bardzo radosna dziewczynka, która całe dnie spędzała ze mną na dworze, lub na zabawie z przyjaciółkami", powiedział, uśmiechając się na to wspomnienie. "Niemożliwe", powtórzyłam, zawzięcie kręcąc głową. "A jednak. Widzisz to zdjęcie, tam, wysoko na półce? To właśnie pani Ewa i jej przyjaciółka Ela", obróciła łeb i leniwym ruchem wskazał mi wystające spośród różnych pluszaków zdjęcie. Widniała na nim twarz roześmianej dziewczynki, która nawet jako czarno- biała wyglądała na szczęśliwą i energiczną. Westchnęłam, powoli kiwając głową, a Filemon przeciągnął się i zapadł w głęboki sen.
Z powrotem przeniośłam wzrok na plac zabaw, wsłuchując się w odgłos śmiechu, krzyki i piski ganiających się dzieci. Przymknęłam oczy i wyobraziłam sobie ten plac wypełniony tymi samymi osobami, ale dorosłymi. Nagle wszystko ucichło, miejsce zabaw jakby całkiem zamarło, a tylko na ławkach siedziały jakieś poważne, stateczne osoby co chwilę zerkające na zegarek, czytające książkę, albo przeglądające jakieś papiery. Plac stał się miejscem wypranym z uczuć i wręcz przerażającym, a pogorszało to jeszcze skrzypienie zupełnie zapomnianej huśtawki, która wręcz błagała o ociupinę szczęścia.
Otworzyłam oczy, przerażona wizją świata, w którym zabraknie tych dzieci. Świata, w którym razem z tymi małymi, radosnymi istotkami, zaniknie ostatnie i bezwarunkowe źródło światła. Skuliłam się, nie mogąc wyobrazić sobie takiego okropieństwa i zupełnie nie rozumiejąc dorosłych, którzy nie dostrzegają otaczającego ich piękna i bijącego z każdego miejsca zaproszenia do cieszenia się z małych rzeczy. Nie wiedziałam, jak można być tak zapatrzonym w siebie, zeby dostrzegać tylko swoje problemy, a nawet nie próbując widzieć tego, że po burzy wychodzi tęcza, a po zimie nadchodzi wiosna. Jak można nie rozumieć, że po złym zawsze nadejdzie dobro, a smutki muszą równoważyć się ze szczęściem. Było mi strasznie żal dorosłych.
Ukryłam twarz w dłoniach, a po moich policzkach spłynęły przesiąknięte plastikiem łzy, które były wyrazem niewyobrażalnego współczucia dla tych biednych, tak bardzo smutnych ludzi.
  • awatar Sweet sunny. ☼: @music is my boyfriend ! ♥: naprawdę, ale to naprawdę, cieszę się, że to wszystko czytasz. :* Nawet nie wiesz, ile znaczy dla początkującej pisarki tak pozytywna opinia. :) uwierz, że staram się, jak mogę, aby nie zmarnować swojej pracy. Pozdrawiam i wielkie DZIĘKUJĘ. ;**
  • awatar Gość: podobne*
  • awatar Gość: wow, daje do myślenia. postrzeganie w twoim opowiadaniu dorosłych wydaje mi się podobnego do tego w ,,Małym Księciu" . Masz wielki talent, nie zmarnuj go. Pozdrawiam ; *
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozglądając się dookoła i czując zimny wiatr na swoich policzkach, podziwiałam otaczający mnie świat. Wszystkie drzewa dookoła, piękne kwiaty, różni ludzie- to było takie piękne. Każda osoba była inna, każdy kwiat szczególny, każde drzewo niepowtarzalne, ale wszystko piękne. Ja też byłam piękna w tej cudnej, uszytej przez Alę sukience w kwiatuszki, białych pantofelkach i rozpuszczonych, dokładnie wyczesanych włosach; z tymi błękitnymi oczyma i rumianymi policzkami. Jadąc w swoim nowym wózku, wzbudzałam zainteresowanie wielu ludzi, przeważnie dzieci, które podbiegały do mnie i domagały się zabawy. Ala jednak cierpliwie tłumaczyła im, że dzisiaj nie mogę się bawić, bo bolą mnie nogi. Faktycznie, nogi bolały mnie jak nigdy po wczorajszym spacerze wzdłuż deptaka. Na zabawę miałam jednak wielką ochotę. Tym bardziej, że dzieci były takie radosne, pełne życia- po prostu bezgranicznie szczęśliwe. Zupełnie inaczej niż rodzice Ali, którzy zawsze traktowali mnie z wyższością i całkowitą obojętnością. Często zastanawiałam się, dlaczego dorośli tak bardzo różnią się od dzieci. Miś Uszatek, który mieszkał piętro wyżej ode mnie, powiedział mi kiedyś, że to nadmiar problemów i pragnienie bycia uważanym za poważnych i statecznych, tak zmieniają ludzi podczas dorastania. Ja jednak sądziłam, że to po prostu brak niewinnej zabawy tak niszczy ludzi. Codziennie bałam się, że Ala przyjdzie do pokoju z wzrokiem tak poważnym i nieszczęśliwym, jaki mają dorośli i powie do mnie:"Zosiu, jestem za stara". Starość- to słowo z każdym dniem napełniało mnie coraz większą zgrozą, bo zupełnie nie miałam pojęcia, co tak naprawdę oznacza. Wiedziałam tylko, że ja nigdy nie będę stara i bardzo się z tego cieszyłam, bo starzy ludzie są bardzo nieszczęśliwi. Znałam jednak panią Jadwigę, która miała masę zmarszczek, ale nigdy z całą pewnością nie była stara. Wiecie, skąd to wiem? Bo jej oczy świeciły! Naprawdę, zupełnie jak płomień świecy w ciemności! I zawsze się uśmiechała, a wtedy jej oczy były podobne do oczu porcelanowej lalki, która mówiła mi, że urodziła się w Chinach. Pani Jadwiga opowiadała mi też zawsze strasznie śmieszne historie i opiekowała się mną, gdy Ala musiała iść do przedszkola, a nie mogła zabrać mnie ze sobą. Mówię wam, jaka świetna była ta pani Jadzia! I taka... taka... promienista.
_________________
jak coś to dodam dalszą część.
  • awatar Gość: oo jakie słodkie ;3 dodaj dalszą część :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Tamtego wieczoru siedziałam w swoim starym pokoju w mieszkaniu mamy i tępo wpatrywałam się w okno. Zastanawiałam się nad tym, czy chcę tego dziecko, czy jestem w stanie sama dać mu tyle miłości, ile taka istotka potrzebuje. Próbowałam sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy pierwszy raz wezmę je w ramiona, gdy wypowie swoje pierwsze słowo, ale moje myśli zatrzymywały się na scenie porodu. Na krwi, wrzasku, bólu. Dokładnie wymyśliłam sobie, co będzie w pierwszej sekundzie, minucie i godzinie. Znałam każdy szczegół. Przerażała mnie myśl, że to się będzie ciągnąć i ciągnąć przez wiele godzin. Bałam się, że wystąpią powikłania, nie wytrzymam i umrę. Że pozwolę na nowe życie, ale swoje oddam.
Punkt dwunasta zdecydowałam, że nie dam rady. Po prostu ot tak skazałam swoje dziecko na śmierć. Zupełnie jakby to była poranna kawa i decyzja, że sobie ją odpuszczę. Doszłam właśnie po raz kolejny do momentu, w którym pielęgniarka poda mi płaczące, obślizgłe żyjątko, kiedy pomyślałam, że go nie chcę. Ot tak, pomyślałam „nie chcę” i to zadecydowało o tym, co będzie dalej. Dwa proste słowa i koniec życia.

***

Dwa dni później wszystko miałam już gotowe i dokładnie zaplanowane. Z miłym uśmiechem pożegnałam się z mamą, która miała coś do załatwienia i nawet nie mrugnęłam, gdy pogłaskała mnie po brzuchu. Wyglądałam tak, jakby wszystko było w porządku. Jakby nie była to tylko cisza przed burzą. Kiedy tylko za mamą zamknęły się drzwi, spokojnie przeszłam do swojego pokoju i usiadłam na łóżku. W głowie miałam tylko jedną myśl: „tak będzie lepiej”. Wyjęłam z szafki nocnej już wcześniej naszykowane i dokładnie dobrane białe tabletki. Wiedziałam, że taka dawka wystarczy. Wiedziałam też, do czego doprowadzi. Potrząsnęłam ręką, odetchnęłam, a potem wsypałam tabletki do buzi i je połknęłam. Byłam całkowicie opanowana, nawet ręce mi się nie trzęsły. Skoncentrowana, przeszłam do salonu i z barku wyjęłam butelkę whisky. Jednym zgrabny ruchem przybliżyłam ją do ust i upiłam spory łyk, po czym odstawiłam ją do barku. Czułam, jak ciepło rozpływa się po moim ciele. Westchnęłam. Zdążyłam jeszcze pójść do łazienki, umyć twarz i poprawić fryzurę, kiedy nagle strasznie zaczęło kręcić mi się w głowie. Opierając się o ścianę, słaniając się na nogach, przeszłam do swojego pokoju i położyłam ręce na blacie biurka. Nie czułam się poddenerwowana. Nawet nie bałam się tego, że mogę jednak się nie obudzić. Ważne było tylko jedno- zniszczyć przeszkodę. Nagle świat zaczął wirować, moje nogi stały się jak z waty, a ja upadłam. Ostatnią rzeczą, którą poczułam, był straszny ból głowy, gdy uderzyłam nią o podłogę.

***

Obudziłam się po jakimś czasie na szpitalnym łóżku. Na stołeczku obok siedziała ta sama pielęgniarka, która opiekowała się mną poprzednim razem. Miała tak strasznie pusty wzrok. Jej oczy były utkwione w moim brzuchu, ale wydawało się, że nie dociera do nich światło. Zacisnęłam zęby. Byłam trochę otumaniona, ale pamiętałam, co zrobiłam. Wiedziałam już też, że mi się udało. Tego czegoś już we mnie nie było. Pozbyłam się problemu.
- Dlaczego?- spytała pielęgniarka, ledwo poruszając wargami i nawet nie drgnąwszy.
To jedno zwykłe pytanie sprawiło, że nagle poczułam się tak, jakby coś przeszywało się na wylot przez moje ciało. „Dlaczego?” Właśnie- dlaczego? Jakie miałam usprawiedliwienie na zabicie swojego dziecka? Czy w ogóle jakieś istniało?
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś, gówniaro?- odezwała się pielęgniarka, nagle przenosząc na mnie pałający nienawiścią wzrok. Coś w niej pękło- Czy ty wiesz, co zrobiłaś?! Zabiłaś swoje dziecko! Swoje własne dziecko! Musieli je z ciebie wyciągnąć, rozumiesz?!
Wiedziałam, że mogę ją powstrzymać. Wiedziałam, że nie ma żadnego prawa tak się zachowywać. Jednak.. Coś sprawiało, że nie oponowałam. Tak jakbym chciała tego słuchać.
- Wyciągnęli z ciebie twoją malutką córeczkę. Dziewczynkę, która za kilkanaście miesięcy chowałaby się za tobą i mówiła do ciebie „mamo”- dodała głosem tak przeszytym bólem, że aż zadrżałam.
- Mamo- powtórzyłam i nagle pękłam. Zaczęłam piszczeć i rzucać się na łóżku. Szarpałam się i wrzeszczałam na cały głos. Nie mogłam tego znieść. Nie mogłam zrozumieć tego, że zrobiłam coś tak potwornego. Zabiłam swoją własną córeczkę. Córeczkę.
- Już, spokojnie- zwrócił się do mnie lekarz, kiedy pielęgniarki próbowały mnie uspokoić.
- Zabiłam swoją córkę!- wrzasnęłam, kopiąc i gryząc wszystkich dookoła. Nie mogłam nad sobą zapanować. Chciałam po prostu uciec od tego wszystkiego jak najdalej.
Po kilkunastu minutach ochroniarzom udało się mnie uspokoić, więc lekarz mógł mi podać jakieś środki uspokajające. Po nich już tylko płakałam. Przez bardzo, bardzo długi czas. Płakałam, a opiekująca się mną pielęgniarka siedziała przy oknie i nie odzywała się ani słowem. Nie mogłam zrozumieć jak mogłam zrobić coś tak głupiego po tym, jak słyszałam bicie serca swojego dziecka. Jak mogłam zachować się tak po tym, jak uśmiechałam się do ciężarnych kobiet.
Kilka godzin później w Sali pojawiła się moja mama. Słyszałam jakieś niezrozumiałe dla mnie urywki jej wykrzyknięć, ale nie mogłam ich zrozumieć. Już od kilkudziesięciu minut siedziałam na łóżku kołysząc się w przód i w tył, powtarzając przy tym jedno słowo: „mama”. Nic oprócz mojego przenikliwego głosu nie docierało do moich uszu.

***

Nawet kiedy jacyś obcy dla mnie ludzie wyprowadzali mnie ze szpitala, żeby zabrać mnie do jakiejś kliniki na leczenie, nie okazywałam żadnych emocji. Było mi to zupełnie obojętne. Jak dla mnie mogli mnie nawet zamknąć w psychiatryku. Nie obchodziło mnie to.
Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam, był wzrok opiekującej się mną pielęgniarki, gdy mijałam ją w drzwiach. Wyrażał niemy, przejmujący ból, ale też współczucie, i przeszywał na wskroś.

***

Z otępienia ocknęłam się dopiero kilka dobrych tygodni później, kiedy moja terapia prawie dobiegała końca. Siedziałam tego dnia na ławce w parku i nagle zobaczyłam wchodzącą przez bramę kobietę z zaokrąglonym brzuchem. Pamiętałam ją jak przez mgłę, bo często odwiedzała ośrodek. Wiedziałam, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej, ona też przebywała tutaj na leczeniu, bo poroniła i nie mogła sobie z tym poradzić. Kiedy zobaczyłam ją taką szczęśliwą, uśmiechniętą i zaokrągloną, dotarło do mnie, że może jeszcze nie wszystko stracone. Nagle jak piorun uderzyła we mnie myśl: „motywy są jasne, więc droga jest prosta”. Wróciłam do swojego pokoju i zadzwoniłam do mamy, żeby do mnie przyjechała.
Kilka dni później opuściłam klinikę. Miałam wyznaczony cel, do którego zamierzałam dążyć. Wiedziałam jednak, że zabicie własnego dziecka będzie we mnie tkwić jak zadra. Wiedziałam, że zawsze będzie ciemną chmurą na pozrnie czystym niebie. Wiedziałam też jednak, ze będę musiała dać radę. Wierzyłam, że tym razem dam.
  • awatar Sweet sunny. ☼: @music is my boyfriend ! ♥: naskrobałam coś nowego :) dzięki za to wszystko, co piszesz. :* bardzo się cieszę, że komuś się to podoba :*
  • awatar Gość: zaskoczyło mnie to, na serio. Nie spodziewałam się happy endu ale myślałam, że urodzi. Trudno, znowu się poryczałam.. ; ( ehh.. na serio przejmujące to opowiadanie. Napisz jeszcze jakieś, fajnie jest czytać tak znakomite opowiadania. :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ej, żyjecie czy pozabijali Was w tej szkole? ;>
Mi to już mało brakuje, jestem wykończona. No, ale jutro piąteczek i luzik
Jakoś mi ostatni brakuje weny, dzieciaczki.
Piszcie lepiej, co u Was słychać ! ^^
  • awatar Sweet sunny. ☼: @music is my boyfriend ! ♥: o tak, masz rację. mam to samo ;< jak przychodzi weekend to jest normalnie takie "ufff"
  • awatar Gość: a ja już umieram przez tą głupią szkołę :c jak z niej wracam to tracę ochotę na wszystko ; / cieszmy się weekendem póki jest xD
  • awatar PrawdzwaHistoriaŻycia: W końcu piątek! Ten tydzień to jakaś porażka w szkole xD U mnie już kolejne części opowiadania.:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Na fart nie ma co czekać, uwierz w to .
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Życie nie jest skomplikowane- albo ma się wyjebane albo przejebane.
 

 
Siema, siema. ;*
Mam dzisiaj strasznie zły humor przez moje kompleksy. Chciałabym być naprawdę chuda. Staram się nad tym pracować i jakieś tam efekty są. ;P
Uważacie, że jaka waga jest idealna przy wzroście 167?
Nie chodzi mi oczywiście o bycie tzw. 'dechą', bo raczej będzie to trudno, biorąc pod uwagę wielkość moich piersi. xd Chcę po prostu być szczupła.
No, ale mój główny cel to odchudzić nogi- przy wyżej wymienionym wzroście mam w najszerszym miejscu uda 45cm. Masakra ;/ a w łydkach 35.
Trzeba się jakoś zmobilizować, ale troszkę brak mi czasu, bo dużo nauki. ;p
A jak Wam mija wrzesień?
 

 
Samotność nie boli, nie gryzie, nie rani. Samotność uczy, jak dobrze jest być kochanym
 

 
W dzisiejszych czasach boimy się kochać. Boimy się momentu, w którym tak silnie zwiążemy się z drugą osobą, że jeden gest, jedno słowo będzie mogło nas zniszczyć.
  • awatar honeyyy.: mogłabyś odezwać się do mnie na gg 1871455 lub prywatną wiadomość? ;>
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dwa dni później wypuścili mnie do domu. Marcin był przekonany, że przez cały ten czas byłam u mamy. Nie powiedziałam mu prawdy, bo chciałam powiedzieć mu to prosto w oczy i w odpowiedniej do tego chwili.
Kiedy otworzyłam drzwi i weszłam do mieszkania, natychmiast pojawił się na korytarzu i wziął mnie w objęcia. Instynktownie delikatnie się odsunęłam, a on oczywiście to zauważył.
- Co jest ? Co się stało ?- spytał, patrząc na mnie uważnie.
- Nic, kochanie.- odparłam, uśmiechając się szeroko, po czym pocałowałam go w policzek.
- Masz mi powiedzieć, o co chodzi. Widzę przecież, że coś jest nie tak.- powiedział, cofając się krok i mierząc mnie wzrokiem.
Westchnęłam. Moje marzenia o romantycznej kolacji, przy której powiem mu nowinę, legły w gruzach. Wiedziałam, że Marcin nie da teraz za wygraną.
- Dobrze, kochanie.- skinęłam głową. Stanęłam bokiem do niego i podniosłam bluzkę, po czym spojrzałam na niego wymownym wzrokiem.
- Spędziłaś u mamy dwa dni, bo trochę przytyłaś? No, nie mów! To nie tragedia. Pobiegamy wieczorami i wrócisz do stałej wagi.- powiedział, machnąwszy ręką i pokręcił głową.
- Raczej wątpię, kotku. Sądzę, że z tygodnia na tydzień będę ważyła więcej.- stwierdziłam, chcąc go trochę naprowadzić na właściwe rozwiązanie.
- Co ty bredzisz? Dobrze się czujesz?- spytał, krzywiąc się i patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Echh..- westchnęłam, opuszczając bluzkę i stając przodem do niego, po czym dodałam:- Jestem w ciąży, głuptasie.
Przez chwilę stał bez ruchu, wpatrując się we mnie dość dziwnym wzrokiem. Jego źrenice rozszerzyły się, a szczęka zacisnęła się. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Kocie...- zaczęłam.
- Ty zidiociała kretynko !- wrzasnął na cały głos, po czym wymierzył mi policzek.
Zatoczyłam się, walnęłam czołem o kant szafy i zsunęłam się po niej na podłogę. Policzek palił mnie żywym ogniem, a kiedy odsunęłam drżącą rękę od czoła, zobaczyłam na niej krew. Byłam tak bardzo zaskoczona zachowaniem Marcina, że zapomniałam o płaczu. Wpatrywałam się w niego wielkimi oczami, zasłaniając brzuch nogami. Myślałam jedynie o tym, żeby zapewnić bezpieczeństwo dziecku.
- Jak mogłaś, jak mogłaś ?! Idiotko !- krzyknął, cały czerwony na twarzy, i kopnął mnie w plecy.
- Marcin..- wydusiłam.
- Zrobiłaś sobie dziecko z innym i jeszcze mi się chwalisz?! To nie jest mój bachor! To coś obślizgłego w twoim brzuchu nie ma ze mną nic wspólnego!- przerwał mi.
Zaczęłam płakać. Nie, nie z bólu. Płakałam przez jego słowa. Przez to, że uważał, że mogłam go zdradzić i że wyparł się dziecka. Zakryłam twarz rękami. Cała się trzęsłam. Czułam jego kolejne ciosy, ale słowa, które wykrzykiwał, prawie do mnie nie docierały. Zwinęłam się w ciasny kłebek, żeby tylko nie mógł sięgnąć brzucha. Priorytetową sprawą było ochronienie maleństwa.
- Nie chcę cię więcej widzieć!- z tymi słowami szarpnął mnie za włosy i podniósł na nogi, po czym napluł mi w twarz.
Mimowolnie skuliłam się. Nie mogłam patrzeć mu w oczy. Czułam się okropnie. Byłam zła na siebie, że jednak przekonałam się do tego dziecka. Przecież powinnam wiedzieć, że właśnie taka będzie jego reakcja. Tak dokładnie znałam jego podejście do tej sprawy !
- Marcin...- spróbowałam ponownie, patrząc na niego jakby przez mgłę.
- No?! Słucham?! Co masz mi do powiedzenia?!- wrzasnął, podchodząc do mnie tak blisko, że czułam na twarzy jego gorący oddech.
- To j e s t twoje dziecko, nic na to nie poradzisz. Też tego nie chciałam, ok?! Wcale nie zamierzałam mieć dziecka! Nie zaplanowałam sobie tego, że będę grubaską, a za kilka miesięcy będę miała rozstępy! - krzyknęłam tak głośno, jak pozwalał mi na to rozchodzący się po całym ciele ból.
- Nie chcę tego słuchać. Zdradziłaś mnie. To n i e jest moje dziecko, tego jestem pewien. Nie chcę na ciebie patrzeć, bo czuję obrzydzenie. Wynoś się, bo oberwiesz jeszcze bardziej- zagroził, omiatając mnie wzrokiem, po czym wyszedł z pokoju.
Otworzyłam szafę i płacząc, zaczęłam pakować do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Wiedziałam, że rozmowa z Marcinem w takim stanie nie ma sensu. Nie zamierzałam nawet próbować tylko wyszłam z domu tak cicho, jak to było możliwe. Z torbą na ramieniu, czerwonym policzkiem i łzami w oczach wyszłam na dwór i dowlokłam się do postoju taksówek.
- Można?- spytałam, pochylając się do kierowcy jednej z nich.
Spojrzał na mnie, a w jego oczach widać było szok i współczucie. Bez zastanowienia skinął głową.
- Tak, proszę. Gdzie panią zawieść?- odezwał się.
Kiedy wsiadłam do taksówki, wyrecytowałam adres mamy, a później zamilkłam. Znienawidziłam dziecko, które w sobie nosiłam równie szybko, jak je pokochałam. Wszystko zniszczyło. Dosłownie wszystko. Cały mój plan na życie, mój związek, moją przyszłość. Nienawidziłam go. Zaczęłam patrzeć na nie, jak na problem, bo przecież nim było. Cholernym problemem. Spojrzałam na swój brzuch i znowu wyobraziłam sobie tego obślizgłego człowieczka siedzącego we mnie. Zebrało mi się na wymioty. Znowu. Odwróciłam twarz w stronę okna i starałam się myśleć o czymś innym.
- Proszę pani, jesteśmy na miejscu- głos kierowcy wyrwał mnie z zamyślenia.
- A, tak, oczywiście. Dziękuję. Ile się należy?- zwróciłam się do niego, ocierając spływające po policzkach łzy.
- Nic. Dzisiaj mamy promocyjne jazdy, w ramach reklamy- odparł, uśmiechając się z politowaniem.
Doskonale wiedziałam, że kłamie. Po prostu było mu mnie żal. Nie miałam jednak ochoty na dyskusje z nim, więc tylko uśmiechnęłam się blado, skinęłam głową i wysiadłam. Powoli, potykając się pod ciężarem torby dotarłam do mieszkania mamy i wcisnęłam dzwonek.
- O mój Boże- jęknęła mama, pojawiając się na progu, wciągając mnie do środka i biorąc w ramiona.
- Mamo...- szpenęłam, po czym ryknęłam płaczem.
- Córeczko, skarbie... Co ten kretyn ci zrobił?! Jak on mógł? Świnia. Chodź do kuchni, zrobię ci okłady - powiedziała, prowadząc mnie do kuchni i sadzając na krześle.
- Nie, to moja wina- stwierdziłam cicho, wpatrując się w swoje stopy.
Mama przyłożyła mi zimne okłady do większość miejsc, w których miałam siniaki, przez co czułam się jak zamknięta w chłodni, i dopiero wtedy się odezwała:
- Dlaczego?
- Powiedziałam mu, że... jestem w ciąży- odparłam, nie patrząc na nią.
- Dopiero teraz?- spytała z wyraźnym zdziwieniem.
- Jak to „dopiero”?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie, bo nie zrozumiałam.
- No ja zauważyłam to już jakiś miesiąc temu, bo nawet nie raczyłaś sama mi się tym pochwalić- tu zrobiła znaczącą pałzę, co miało znaczyć, że jest urażona i ciągnęła dalej:- Nie rozumiem, jak mogłaś nie powiedzieć własnemu mężowi, że jesteś w ciąży od razu po tym, jak się dowiedziałaś. Swoją drogą, z niego też jest jakiś idiota, bo nie wiem, jak można nie zauważyć, że żonie zaokrąglił się brzuch, widząc ją codziennie.
- Mamo! Wiedziałaś, że jestem w ciąży już miesiąc temu?!- wykrzyknęłam, patrząc na nią.
- No tak- przyznała, kiwając głową.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?- spytałam.
- Co proszę?- nie zrozumiała.
- Ja nie miałam pojęcia! Zawsze miałam nieregularny okres, więc najpierw nie zwróciłam na to uwagi, a potem zrzuciłam to na przeciągające się przeziębienie. W pracy też było tyle roboty, że nawet nie miałam się kiedy nad tym poważnie zastanowić- wyrzuciłam na jednym wdechu.
Mama patrzyła na mnie przez kilkanaście sekund, nie wydając z siebie zupełnie żadnego dźwięku, a potem z ciężkim westchnieniem usiadła na krześle.
- O Boże...- jęknęła tylko, a później spytała:- Jak się dowiedział, to to zrobił?
- Tak. Wiesz dobrze, że on nienawidzi dzieci. Wyparł się tego dziecka i powiedział, że zrobiłam je sobie z innym- odparłam, wpatrując się w ścianę całkiem wyprana z uczuć.
- W takich chwilach naprawdę żałuję, że twój ojciec nie żyje. Wbił by mu do głowy, jak się traktuje kobiety, a tym bardziej swoje narzeczone. I to dosłownie- powiedziała, patrząc na mnie z matczyną miłością w oczach.
Pomyślałam, że może ja też będę kiedyś tak patrzeć na swoje dziecko. Może. Kiedyś.


_____________________
To jeszcze nie koniec. ^^ Na specjalne życzenie dodam kolejną część .;p
  • awatar Sweet sunny. ☼: @music is my boyfriend ! ♥: dziękuję! Twoje uznanie wiele dla mnie znaczy ;* Miło mi, że tak pilnie śledzisz opowiadanie. :) <3
  • awatar Gość: wiesz co, poryczałam się ;( co za chu.j z tego Marcina!! ;x kurdee! weź ty to masz talent! czekam na dalszą część! :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Już od kilku tygodni czułam się źle. Cały czas kręciło mi się w głowie, było mi niedobrze, miałam uderzenia gorąca. Nie mówiłam o tym nikomu, bo sądziłam, że to zwykła grypa. Nie chciałam też martwić Marcina, swojego narzeczonego, bo i tak miał głowę zawaloną robotą.
W pewien czwartek wracałam z pracy autobusem nr 55, było mi duszno. Nagle zebrało mi się na wymioty, więc zerwałam się z siedzenia i.. upadłam. Obraz przed moimi oczami rozmazał się, a po chwili widziałam już tylko czarną plamę. Zemdlałam.
Obudziłam się w szpitalu. Byłam podłączona do jakiejś kroplówki, dookoła krzątała się pielęgniarka. Dźwignęłam się na łokcie, ale zaraz z powrotem opadłam na poduszkę, bo zakręciło mi się w głowie.
- Leż, moje dziecko, leż.- zwróciła się do mnie pielęgniarka, kładąc mi na czole zimny okład.
- Co się stało ? Co ja tu robię ?- spytałam słabym, zmęczonym głosem.
- Zemdlałaś, moja droga. Narobiłaś niezłego zamieszania w autobusie i przestraszyłaś kierowcę. - odparła, uśmiechając się z wyraźnym rozbawieniem.
- Ochh.. Tak mi przykro.. Ostatnio często miałam zawroty głowy. Pewnie jakaś grypa.- stwierdziłam, wzruszając ramionami.
Pielęgniarka spojrzała na mnie, zaskoczona. Przyglądała mi się przez dłuższą chwilę, jakby chciała sprawdzić, czy przypadkiem nie żartuję, a później pokręciła głową. Usiadła na brzegu łóżka i ujęła moją dłoń.
- Kochanie, to żadna grypa..- powiedziała, uśmiechając się ciepło.
W mojej głowie pojawił się natłok myśli. Jeśli nie grypa, to co ? Nowotwór ? Sepsa ? Anemia ? Zbierało mi się na płacz. Nie mogłam umrzeć w tak młodym wieku !
- Jesteś w ciąży.- rzuciła, jakby od niechcenia, kładąc dłoń na moim brzuchu.
- Coo?!- wrzasnęłam, podrywając się, ale po chwili znowu wylądowałam na poduszce. Po moich policzkach popłynęły łzy. Zaczęłam bezmyślnie wyrzucać z siebie słowa:- Nie mogę być w ciąży ! Nie mogę, do jasnej cholery ! Nie chcę być gruba ! Nie chcę tego bachora, rozumie pani ?! Mam dopiero dwadzieścia lat, nie będę siedzieć w pieluchach. Nie chcę...- urwałam i zaniosłam się płaczem.
- Dziecko..- pielęgniarka przysunęła się bliżej i objęła mnie.
Nie mogłam się uspokoić. To był szok. Nigdy nie chciałam mieć dziecka. Nie miałam w planach wstawania w nocy co kilkadziesiąt minut, siedzenia w domu, sprzątania porozwalanych zabawek, przewijania i takich innych. Chciałam być niezależna, spać, do której mam ochotę i bawić się, kiedy zechcę. Właśnie dlatego zaręczyłam się z Marcinem, bo on miał takie same podejście do życia. Mało tego, on nienawidził dzieci ! Nienawidził tych, jak to mówił: „cuchnących, obślizgłych, zaślinionych potworów”. Tyle razy widziałam, z jakim obrzydzeniem patrzył na swojego bratanka. Aż biła od niego nienawiść.
- Proszę pani.. Ja nie mogę.. Nie mogę być w ciąży.. My nigdy nie chcieliśmy mieć dziecka.- wydusiłam, łkając.
- Nie wiesz, co mówisz. Nie wiesz, co mówisz. Dziecko jest największym szczęściem w życiu kobiety. Bez względu na to, czy go chce, czy nie. Obojętne jest to, jak bardzo kobieta wmawia sobie, że go nie chce, zawsze gdzieś w niej, czasem bardzo głęboko, tkwi miłość do maleństwa. Czasami tylko kobiety chowają ją w sobie bardzo głęboko lub zamieniają w nienawiść.- stwierdziła, głaszcząc mnie po wierzchu dłoni.
- Ale..- westchnęłam, kręcąc głową.
- Cii..- szepnęła, przykłądając palec do ust. Podniosła moją rękę i przyłożyła mi ją do brzucha.
W pierwszym momencie zebrało mi się na wymioty. To coś, zwane dzieckiem, siedziało w moim brzuchu. Było tam. To tak, jakbym połknęła człowieka w całości. Obrzydliwe. Czułam się jak słonica, chociaż wcale nie przytyłam. A przynajmniej nie na tyle, żeby to było widoczne. Przymknęłam oczy i głęboko odetchnęłam, żeby się uspokoić. Nie było to jednak dobre posunięcie, bo od razu przed oczami pojawił mi się scenariusz porodu. To było w tym wszystkim najgorsze. Wyobraziłam sobie ból, przez który będę przechodzić, wrzask tego dziecka i jego wygląd, i tą krew dookoła. Rozchyliłam powieki, żeby nie zwymiotować.
- Nie mogę..- zaczęłam, ale pielęgniarka pokręciłą głową i mocniej przyłożyła moją dłoń do brzucha.
- Ma cztery miesiące, rozumiesz ? Cztery miesiące. Powoli zaczyna ruszać paluszkami, stopami, a nawet delikatnie kręci głowką. Prawdopodobnie rozpoznaje wibracje twojego głosu oraz bicie twojego serca. Z każdym dniem dociera do niego więcej. – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
Spuściłam wzrok. Co miałam jej powiedzieć ? Że nie dociera do mnie ani jedno słowo z tych, które wypowiedziała ? Że nie obchodzi mnie, co się dzieje z tym czymś w moim brzuchu ?
- Chodź, pokażę ci coś.- nakazała, pomagając mi wstać. Posadziła mnie na wózku i wyjechała z sali.
Na korytarzu było mnóstwo kobiet. Większość w zaawansowanej ciąży. Pochylały się do przodu, gładziły delikatnie swoje wielkie brzuchy i patrzyły na nie z czułością. Biła od nich miłość i radość. Spuściłam oczy na swój brzuch i dotknęłam go obiema rękami. Był twardy i delikatnie zaokrąglony. Nie wiedziałam, jak to możliwe, że wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Czułam się jak idiotka. Jak mogłam nie zaniepokoić się tym, że tak długo nie mam okresu?! No dobra, zawsze był nieregularny, ale żeby nie zauważyć, że cztery miesiące to przesada?! Porażka.
- Będzie dobrze.- odezwała się pielęgniarka, wjeżdżając do jakiegoś gabinetu. Pomogła mi położyć się na kozetce i wzięła do ręki coś, co przypominało stetoskop.
- Zamknij oczy i rozluźnij się.- poleciła.
Wykonałam polecenie, bo co innego mi zostało? Po chwili poczułam, że pięlęgniarka wkłada mi do uszu słuchawki, a później coś zimnego dotknęło mojego brzucha. Drgnęłam, ale nie otworzyłam oczu. Usłyszałam, że ze słuchawek dochodzi jakiś szum, więc skupiłam się. Docierał do mnie dość dziwny dźwięk. Brzmiało to tak, jakby ktoś głośno oddychał, równocześnie delikatnie w coś pukając. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to bicie serca mojego dziecka. Ono naprawdę żyło ! Nie tylko było we mnie, ale też żyło ! Jego serce pompowało krew. Westchnęłam. Po moim ciele zaczęło się rozlewać jakieś takie dziwne, przyjemne ciepło. To było jak nagłe olśnienie, jak usłyszenie, że rak cofnął się, kiedy nie było na to nadziei. Nagle zaczęłam patrzeć na to wszystki inaczej. Przesunęłam ręce na brzuch, a po policzkach spłynęły mi łzy. Nosiłam w sobie nowe życie. Dziecko, które było połączeniem mnie i Marcina. Dziecko, które na zawsze miało nas w jakiś sposób połączyć.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na stojącą nade mną pielęgniarkę.
- Dziękuję.- wyszeptałam.
Nic nie powiedziała, tylko skinęła głową i uśmiechnęła się.
Dopiero trzydzieści minut później pozwoliłam wywieźć się z gabinetu. Jadąc przez korytarz, uśmiechałam się do siedzących na ławeczkach kobiet, a one uśmiechały się do mnie. Poczułam się nagle bardziej dojrzała, świadoma życia. Wiedziałam, że już nigdy nie będzie tak, jak było i bałam się tego, ale chciałam spróbować.
- Zostawiam cię teraz samą. Za kilkanaście minut przyjdzie tu lekarz, zbada cię i zobaczymy, kiedy będziesz mogła wyjść.- powiedziała, pielęgniarka, kiedy już z powrotem leżałam na szpitalnym łóżku, po czym wyszła z sali.
Wzięłam do ręki telefon i wykręciłam numer do Marcina. Nie miałam zamiaru mówić, gdzie jestem, ani co się stało. Chciałam tylko uspokoić go i powiedzieć, że przenocuję u mamy.

__________________________
Jak ktoś będzie chciał, dodam dalszy fragment.
  • awatar Gość: świetne opowiadanie! czekam na dalszą część :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Życie ma smak tylko dla szaleńców . <3
 

 
Zamknij japę, bo po pierwsze to mnie, kurwa, nie znasz. Nie masz pojęcia kim jestem i jaki we mnie drzemie potencjał.
 

 
Ja już przeżyłam swój ból, twój dopiero nadchodzi.
 

 
Nigdy nie upadaj zbyt nisko, bo potem możesz nie dać rady poskoczyć wyżej.
 

 
Nie trzeba być ginekologiem, żeby umieć rozpoznać pizdę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Cześć. Miło cię widzieć- odezwała się Lucy, cierpkim ruchem wyciągając do Jenn dłoń.
- Ciebie również- odparła tamta, ujmując dłoń przyrodniej siostry Thomasa.
Lucy wyglądała jak milion dolarów. Naprawdę. Chociaż lepszym określeniem byłoby może "miała na sobie". Tak, Lucy na pewno miała na sobie milion dolarów. Bogactwo wyzierało z każdej części jej osoby, lśniło nawet w oczach.
Jennifer je chłonęła. Chłonęła każdy szczegół ubioru szwagierki. Każde logo marki. Każdą metkę. I oceniała wszystko wzrokiem znawcy, wzrokiem profesjonalisty.
Lucy była nadziana.
- Jak u ciebie leci?- zagadnęła Jenn, wskazując siostrze męża fotel.
- Nie mogę narzekać. Firma prosperuje doskonale. W życiu osobistym też mi się układa- odparła tamta, uśmiechając się uprzejmie, ale z dystansem.
- To cudownie!- wykrzyknęła Jennifer z entuzjazmem.
- Też tak sądzę...- odparła z wahaniem Lucy i chciała dodać coś jeszcze, ale w tej chwili do salonu wpadła Patricia.
- Ciociu, chodź, pokażę ci swój nowy pokoik!- zaproponowała z dziecinną radością, łapiąc ciotkę za rękę.
Ta odruchowo cofnęła rękę, jakby bojąc się, że Pati ją ubrudzi. Napotkała jednak surowy wzrok przyrodniego brata, więc wzięła batanicę za rękę i poszła za nią.
- Może lepiej idź z nimi- zaproponowała męzowi Jenn, kołysząc w rękach Maxa i uśmiechając się słodko.
Thomas skinął głową i poszedł za córką, a Jennifer zyskała czas na przeszukanie torebki Lucy.
***
Trzy dni później Rebeka pędziła swoim nowiutkim Porsche po ulicach stanu Nevada. Miała jasno określony cel, a poziom adrenalimy powoli jej się podnosił. Czuł szybsze bicie serca, a spoglądając we wsteczne lusterko widziała zdeterminowaną i niebezpieczną kobietę. Widziała taką siebie, jaką chciała być.
Wreszcie zaparkowała samochód na zatłoczonym parkingu u stóp ogromnej galerii handlowej i pewnym krokiem weszła do środka.
- Patrz, Rebeka Black- szeptali luzie, trącając się łokciami.
A ona szła do tak dobrze znanej części galerii, zaciskając ręce na pasku torby. Wśród ciekawych i zachwyconych spojrzeń wjechała windą na najwyższe piętro i podeszła do służbowych drzwi. Bez zastanowienia wpisała kod, a po sekundzie rozległo się zatwierdzające pikanie. Zdecydwanym ruchem szarpnęła klamkę i weszła do części przeznaczonej dla pracowników.
Dobrze wiedziała, że zastanie tu osobę, której szuka. Wczoraj wyczytała w jej kalendarzu, że ma tu spotkanie. Poszła do toalety i wykręciła numer do szwagierki.
- Rebeka?- odezwał się po chwili głos w słuchawce.
- Jest sprawa. Chodź do toalety- rzuciła, nie odpowiadając na pytanie.
- Co proszę?- osoba po drugiej stronie była wyraźnie zniesmaczona.
- Toaleta- powtórzyła Rebeka i rozłączyła się.
Rozejrzała się po suficie w poszukiwaniu kamer, ale w służbowych miejscach rzadko takowe były instalowane. Adrenalina prawie ją rozsadzała, a tętno miała niespokojne, głośne. W uszach jej szumiało. Instynktownie zacisnęła dłoń na uchwycie scyzoryka.
Nagle drzwi uchyliły się i do środka niepewnym krokiem weszła Lucy.
- Coś się stało?- psytała, nie podchodząc nawet o krok bliżej i ze zdziwieniem przyglądając się czrnym, skórzanym rękawiczkom koleżanki.
Rebeka nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się przyjaźnie, chcąc dodać Lucy otuchy. Wiedziała, ze musi działać szybko. Znała psychikę tej dziewczyny. Wiedziała, że zaraz zwieje.
Ale wahała się. Przecież to była Lucy. Lucy, z kótrą znała się już tyle lat. Miała wątpliwości. Ogromne wątpliwości.
Kiedy już miała dać sobie spokój i zmienić temat, w myślach zaszeleściły jej pieniądze. Setki tysięcy banknotów. Rzuciła wzrokiem na wypchaną torebkę Lucy. "Ty skąpa dewotko. Nosisz wszystko przy sobie, przecież wiem", pomyślała i doskoczyła do towarzyszki. Zgrabnym ruchem wepchnęła ją do kabiny, wpychając jej w usta chustkę i...
Precyzyjnym ruchem wbiła jej scyzoryk porsto w tętnicę, prawie natychmiast go wyjmując.
Krew trysnęła we wszystkie strony, brudząc ściany kabiny i samą Rebekę. Lucy bezwiednie utkwiła przerażony wzrok w czarnej postaci i, próbując wypluć knebel, zachłystnęła się własną śliną. Posiniała na twarzy.
Rebeka roześmiała się głośno, złowieszczo, a jej oczy z zadowoleniem patrzyły na Lucy. Podziwiała swoje dzieło. Upajała się nim. Wciągała metaliczny zapach krwi, oddychając głęboko i rozbieganym, szaleńczym wzrokiem rozglądajac się po kabinie. Przejechała ręką po śnianach, a potem spojrzała na zakrawioną rękawiczkę i z jej gardła wydobył się jakiś dziwny pomruk. Śmiejąc się histerycznie, nakreśliła na policzku Lucy litery BFF, wzięła jej torebkę i opuściła kabinę, przymykając ją.
Stanęła przed lustrem i rozpoczęłą standardowy rytuał przemiany.
Kilkadziesiąt minut później do stojącego na parkingu nowego Porsche wsiadła naturalna, nieśmiała kobieta z torebką Lucy pod ramieniem.
***
- Lucy nie żyje!- krzyknął kilka dni później Thomas, wpadając do kuchni, gdy Jennifer gotowała obiad, śpiewając siedzącemu w foteliku Maxowi.
Reakacja była natychmiastowa. Jenn upuściła to, co miała w ręce i wybiegała do łazienki.
Wymiotowała.
Krew. Tyle krwi. Cala kabina w krwi. I te wyłupiaste oczy Lucy. I jej sina twarz. I śmiech. Ten śmiech, który teraz dudnił jej w uszach, jak piosenka z najgorszego horroru.
Zacisnęła pięści, ciągnąc się za włosy i wyrywając sobie kolejne kosmyki. Nie chciała już żyć. Nie mogła już żyć. Za dużo się tego nazbierało. Za dużo krwi, śmierci, bólu.
Za mało...
pieniędzy.
- Mamo!- krzyknęła piskliwym, zrozpaczonym głosem Patricia, wbiegając do łazienki.
Jennifer wzięła ją w ramiona, powoli się uspokajając. Powoli odnajdując siebie.
***
Od śmierci Lucy, Thomas strasznie się zmienił i Jenn to czuła. Stał się taki zimny, obojętny, odległy. Było jej z tym coraz ciężej. Brakowało jej jego uśmiechu, jego pocałunków, czułości. Jego zachowanie sprawiało, że przeżywała wszystko od nowa. Cały ten koszmar codziennie powracał. Nie mogłą tego znieść.
Tego dnia zadzwonił telefon służbowy. Niepewnie odebrała, nie odzywając się ani słowem.
- Rebeka?- zapytał ktoś.
- Och, John- głos Jennifer nabrał pewności siebie.
- O, dobrze cię słyszeć. Słuchaj, mam prośbę. Może umówilibyśmy się jutro na kolację?- zaproponował mężczyzna zachęcającym tonem.
- Kolacja, mówisz?- przez chwilę się wahała. Nie wiedziała, czy chce pokazywać się z kimś takim, jak projektant znanych ciuchów, w miejscu publicznym. To zobowiązywało. Powiedziała jednak:- Wspaniale, świetny pomysł.
- Podjedź jutro pod Smakosza o osiemnastej- dorzucił, a w jego głosie słychać było ekscytację i wyraźne zadowolenie.
- Smakosz, o osiemnastej. Cudownie- stwierdziła entuzjastycznym głosem.
Rozłączyła się i poszła do kuchni, nie zauważając stojącego na schodach Thomasa, który słyszał całą rozmowę.
***
Następnego popołudnia Rebeka jechała swoją bryką, słuchając przypadkowego radia. Miała dziwnie dobry humor. Nie zawracała sobie nawet głowy jadącym cały czas za nią starym Mercedesem.
Zaparkowała samochód przy wejściu do Smakosza i kocim ruchem wysiadła z Porsche. Prawie od razu dostrzegła wyszczerzoną w idiotycznym uśmiechu twarz Johna, który stal przy wejściu do restauracji.
- Miło cię widzieć- rzucił, całując ją w wierzch dłoni i otwierając przed nią drzwi do przestronnego holu.
Rebeka męczyła się na tej kolacji. Nudziło jej się tak strasznie, że kilka razy miała ochotę przeprosić i wyjść, ale za każdym razem coś przykuwało ją do miesca.
- Słuchaj, może pojedziemy do ciebie? Będzie przytulniej- zaproponowała, a jego spojrzenie rozbłysło.
- Rachunek proszę- zwrócił się do kelnerki, a gady wróciła, zamiast pieniędzy, wyjął kartę.
Tym razem to oczy Rebeki zapłonęły. Wiedziała, że John jest jednym z tych ludzi, którzy nie zapamiętają trzech cyfer przy sobie, więc pin musiał mieć zapisany w czarnym notesiku, który zawsze nosił w wewnętrznej kieszeni marynarki. Już słyszała ten szelest banknotów, ten dźwięk stukających o siebie monet. Już czuła się bogata. Adrenalina znowu zaczynała w niej buzować, a w uszach jej dudniło.
Kilkadziesiąt minut później Rebeka weszła do salonu Johna, a on poszedł do kuchni naszykować drinki. Pojawiła się świetna okazja.
Rebeka złapała kryształowy, ciężki wazon i stanęła przy wejściu.
- Koteczku, mam dla nas..- rozległ się nagle głos John tuż przy drzwiach.
Gdy tylko czoło Johna przekroczyło próg pokoju, Rebeka pomyślała: "Teraz albo nigdy" i z całej siły trzepnęła go w głowę. John upadł na podłogę, a kryształ rozsypał się w drobinkach dookoła jego ciała.
Rebeka przykucnęła, i wbiła szyję wazonu, którą nadal trzymała w rękach, w udo Johna. Tak błęboko, że osty kant kryształu zetknął się z kością i rozległ się okrutny zgrzyt. Sekundę później szyja wazonu leżała na podłodze, a z rany tryskała krew.
Rebeka klęczła i, wpatrując się w sufit, śmiała się gardłowym, rozdzierającym śmiechem. Krew rozpływająca się po podłodze sprawiała jej dziką radość, podnosiła jej poziom adrenaliny. Nadal chichocząc, wyjęła z portfela projektanta kartę, a z jego marynarki notes.
Trzymając te dwie rzeczy w ręku, czuła się panią. Euforia ogarniała jej od palców u stóp po czubek głowy. Metaliczny zapach krwi szumiał jej w głowie, niczym alkohol. Wdychała go z przyjemnością, upijając się nim.
Wyglądała jak psycholka.
Nakreśliła na łysym czubku głowy Johna litery BFF i wstała.
Wtedy zobaczyła stojącego w korytarzu Thomasa. Był blady jak ściana, a w jego ręku drżał pistolet.
Nagle Rebeki już nie było, a na jej mijescu stała biedna, mizerna i dygocząca Jenn.
- Zabiłaś mi siostrę. Zabiłaś prezesu banku. Zabiłaś...- rzucił wzrokiem na Johna, ale zaraz przeniósł wzrok na Jennifer, bo zrobiło mu się niedobrze- projektanta. Jak mogłaś, Jenn? Jak, cholera, mogłaś?!
Thomas kipiał gniewem, trząsł się z tłumionych emocji. Czuł się strasznie oszukany, poniżony, zdradzony. Czuł się podle.
- Zapomnij o dzieciach- dodał stanowczo.
Wtedy nagle Rebeka wróciła.
- To są moje dzieci!- wrzasnęła dziwnym, charczącym głosem i rzuciła się na męża, celując w niego chwyconą po drodze resztką wazonu.
Thomas strzelił.
Rebeka została zastrzelona.
Jennifer, według męża, umarła już dawno.
  • awatar Gość: Jasne, w wolnej chwili coś wrzucę . Może tym razem mniej drastycznego ;>
  • awatar Gość: o jaaa, straszne to trochę, ale masz talent do pisania... będą jeszcze jakieś opowiadania ? :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›